Minęło jakieś dwadzieścia minut od poznania Eny i zdążyłem kupić krakersy. Przeszedłem parę ulic, które były kategorią niewiele wyżej od slumsów, minąłem jeden megawieżowiec i znalazłem rezydencję należącą do Olisandra. Była ona wielkim odrestaurowanym zamkiem z okresu renesansu. Furtka jak zawsze była otwarta, więc wszedłem, przywitałem się z ogrodnikiem i wstukałem kod do drzwi, otwierając je na tyle zamaszyście, żeby zamykały się jakieś pięć minut.
Olisandra Quynna poznałem pięć lat temu, był jednym z grupy naukowców, którzy przeprowadzali na mnie badania. Zachowywał się dziwacznie a czasem nawet przerażająco, jednak polubiłem go i kiedy odszedł, brakowało mi go. Dwa lata temu, miałem szczęście, spotykając go po ucieczce z elektrowni.
Znalazłem go w galerii oglądającego osobliwy zlepek sześcianów i prostopadłościanów. Zlepek ów był w większości szary, nie licząc dołu, który był intensywnie kolorowy. Tylko idiota nie zauważyłby krytyki wobec niszczenia przyrody.
Obrócił się do mnie, poprawiając monokl.
- Co sądzisz o tej rzeźbie? -Zapytał, dając mi wyraźny sygnał, co się zaraz zacznie dziać.
Ponownie zmierzyłem rzeźbę wzrokiem, a następnie spojrzałem na ubranego w szare dresy Olisandra.
- Oczywisty przekaz i przerost formy nad treścią. -Zdjąłem szmatkę z oka i się uśmiechnąłem. - Nie kupiłbyś tego, gdyby nie to, że uwielbiasz sześciany.
Olisander ze swoim nieśmiertelnym uśmiechem wyciągnął szotgun napełniony najprawdopodobniej gumowymi nabojami i stępiony topór. Nie był staroświecki, ale broń treningowa taka była.
-Znasz zasady. Swojego zdania należy bronić.
Rzeźby i obrazy w całej galerii znalazły się pod osłonami ze stali.
Olisander wystrzelił z szotgunem z jednej ze swoich rąk pokrytych siatką blizn i skoczył w moim kierunku, wprowadzając atak toporem. Uskoczywszy za jedną ze stalowych kopuł, usłyszałem:
-Sulinie z rodu H3 znaku węża czy jesteś gotów na porażkę?
Wyjąłem talię swoich zielonych kart.
-Nie byłem spod znaku smoka w zeszłym tygodniu?
Wyrzuciłem dwie karty w stronę ręki Olisandra próbując wytrącić mu szotgun z ręki. Skwitował ten atak machnięciem toporem i wystrzelił kolejne pociski.
- Nie wyprowadzaj mnie z roli. -Zaśmiał się.
Zabrałem z pobliskiego stojaka miecz i rzuciłem w jego stronę, a on szybko to zablokował. Skoczyłem w jego stronę, rzucając kolejne karty, lecz strzelił szotganem w moją rękę. Olisander uskoczył, podczas gdy ja masowałem rękę.
-Remis, dostałem jedną z kart w nogę.
Uśmiechnąłbym się, gdyby nie ból w ręce.
- Człowieka, który zasilał miasto tak po prostu się nie pokonuje, nie mając zielonych przedmiotów w pokoju.
- Chcesz coś zjeść?
-Jeśli nie ucieknie z talerza jak ostatnio. - Po czym dodałem. - Co tam w wyższych sferach?
Olisander odłożył broń treningową wziął swój prawdziwy szotgun, któremu bardziej pasowałoby określenie: ,,Wyrzutnia niemal wszystkiego, co może zabić" , oraz topór mechaniczny.
- Widziałem się z Devonem, najprawdopodobniej opracowali nowe mechy do złapania was. -Do pokoju szedł robot z jedzeniem. - Grifinn wciąż chce cię zabić i jeszcze dostała awans.
-Ta idiotka nie da sobie spokoju. - Westchnąłem.
Ze ściany wysunął się stolik i krzesła, usiedliśmy i zaczeliśmy jeść. Rozmowa zeszła na mniej istotne tematy i pojawiło się kilka żartów.
Olisander wstał.
-A teraz może przedstawisz swoją przyjaciółkę
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz