poniedziałek, 9 listopada 2015

Ena, pechowy dzień.

Skrzywiłam się lekko. Olewać...olewać mnie!? Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego gniewnie. Już idealnie wymierzyłam kopniaka, prosto w jego krocze. Wzięłam zamach i.... Przewróciłam się prosto w kałuże, w dodatku chyba skręciłam kostkę, bo podeszwa wolała się trzymać podłoża, zamiast się poślizgnąć i runąć ze mną. Przygryzłam dolną wargę. Muszę być twarda! Jak żelki z biedronki! Na twarzy Uzdolnionego pojawiło się rozbawienie. Z trudem wstałam, z gigantyczną mokrą plamą na tyłku.

 -dobra... może inaczej.-Syknęłam przez zaciśnięte zęby, jak tak dalej pójdzie, to dostanę szczękościsku. Zamknęłam oczy. Moja fioletowa bluza zaczęła powoli się poruszać, nie było wiatru, a nawet gdyby był, nie poruszyłaby się.... bo wcześniej była wręcz przyklejona do mojego ciała. Miała majestatycznie falować, ale poruszała się raczej pokracznie, tylko dlatego, że nie potrafię nad tym zbytnio panować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz