Usłyszałem za sobą głos:
- Gratulacje, właśnie załamałeś pannę Lucy González.
Obróciłem się. Mówiący okazał się niebieskowłosy i młodszy ode mnie.
- Kim ty jesteś ? Nie kojarzę cię.
-Ja? Nikim ważnym. - Mówiąc, podnosił fragment mojego koszmaru z ziemi.
Odsunąłem się, prawie nie mając mrocznych wizji z przeszłości.
- Zabierz to ode mnie. - Powiedziałem nierównym głosem.
- To? - Zapytał, podsuwając mi pod nos mój najgorszy lęk.
Natychmiast wybiłem mu szkło z ręki, uderzając zielenią z kołnierza.
- Chodzi o szkło. - Mówiłem, starając się panować nad paniką.
- No przecież nie banany. - Parsknął. -Zjadłbym banana.
Jako że wracając już powoli do zwykłego irytującego siebie, powiedziałem:
- To sobie kup banana i nie rób mi kolejnych problemów.
Zacząłem przywracać kurtce dawny kształt.
- O, widzę, że kolega podobny, he he.
Spojrzałem na niebieskowłosego. Wzrok, który i tak był coraz dziwniejszy, pokazywał wokół niego żółtą aurę.
- Ta, znamy się jakąś minutę i jesteś młodszy, więc daleko tobie do bycia ,,kolegą". -Uświadomiłem sobie, że ciekawość nie pozwala mi tak po prostu od niego odejść, więc zmieniłem temat. -Kim jest ta Lucy?
-Lucy González-powiedział, wskazując na potłuczone szkło
-widać, że się załamała.
- Ktoś tu nadaję imiona szybom. - Uśmiechnąłem się irytująco.
-Nie szkło kretynie! Pielęgniarka!
-Czyli znasz ich? -Westchnąłem, puszczając wyzwisko mimo uszu. - Co wiesz o tej niezwykle inteligentnej osóbce Enie?
Młodszy uśmiechnął się, chyba nie zauważył sarkazmu.
-Więc... ukończyła liceum z najwyższym wynikiem z matury, mieszka tu jakieś hmmm 5 lat, wzrost 158 cm, waga 60, grupa krwi 0, córka dyktatora.
Zastanawiające, Devon miał czas na kobiety i co bardziej użyteczne młody był tym typem człowieka, nad którym zawsze się pastwiłem -zakochany.
-Musicie się bardzo długo znać, skoro znasz takie szczegóły. Pewnie jesteście ze sobą bardzo blisko, co?
Czy ja w ogóle mam serce? Pewna część mnie mówi, że to tylko pompa krwi, ale mimo wszystko.
-Ona o mnie nie wie.
- Niektórzy to mają dobrze. - Jednak budząca się we mnie głupota zwana altruizmem dokończyła wypowiedź, inaczej niż chciałem. - Dobra widzę, że chciałbyś to zmienić w bohaterski sposób, lepszy niż podglądanie jej.
- Potrzebuję kasy. Możemy stąd iść?
- Myślę, że twoi rodzice nie byliby zadowoleni, gdybyś zdobywał pieniądze na moje sposoby. -Zmieniłem na krótką chwilę kurtkę w banknoty. - Idź, napisz dobrze maturę, kup kwiaty, poznaj ją lepiej.
-Jestem dopiero w gimnazjum...
... i mojego wzrostu, cholera.
-Tym bardziej nie powinieneś zarabiać na TE sposoby, ale jeśli jesteś pewien, chodź ze mną i mów mi Sulin. Brzmi lepiej niż kretyn, nie sądzisz?
-Connor. - Wyciągnął rękę. Uścisnąłem mu ją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz