sobota, 5 grudnia 2015

Viola

Biegłam jakimś dziurawym chodnikiem, potykając się co kilka kroków. Zdołałam już wszamać prawie całe moje zapasy. Jak tak o tym myślę, to mogłam najpierw zjeść śniadanie...  Nagle przypomniałam sobie o tym jaka ze mnie sklerotyczka.
-Głupia! - puknęłam się w czoło - zapomniałam wziąć tabletek!
W tej samej chwili zauważyłam na parkingu dość znajomo wyglądające sylwetki.
-No świetnie... Już mam schizy... - westchnęłam - spokojnie Violka, to tylko złudzenie... oni dalej są u Devona... Nic na to nie poradzisz... - zaczęłam mówić sama do siebie, chcąc się uspokoić.
Coś popchnęło mnie do przodu. Upadłam na ziemię, wydając głuchy jęk i zdzierając sobie kolana. Spojrzałam na coś, co mnie przewróciło. Aż się uśmiechnęłam. Jednak to nie schizy! Uścisnęłam szyję zdziwionego stwora.
-Myślałam, że trwacie w majestatycznej agonii czekając na pełną bólu i cierpienia śmierć! - wykrzyknęłam uradowana. Białas odwrócił się.
- Wstałaś jednak... Mieliśmy wrócić i ciebie obudzić. Ale miło, że jesteś.
Miałam odpowiedzieć jak typowe uradowane dziecko, ale właśnie sobie przypomniałam jak wnerwiona byłam przed chwilą.
-TO.BYŁO.WREDNE! - krzyknęłam dźgając go palcem w brzuch - spoko, ja rozumiem, że ten żart z elektrycznymi drzwiami mógł zasługiwać na zemstę, ale TO BYŁO WREDNE! - krzyk przemieniał się w pełen frustracji, łamiący się pisk. Poczułam jak moje oczy mokną. Były to łzy wywołane niewyobrażalnym rozzłoszczeniem.
- Nie becz mi tu, a pokaż, że po tym wszystkim zachowasz się dorośle. - mrugnął do mnie - a za elektryczne drzwi jeszcze się odpłacę.
Pociągnęłam donośnie nosem i wytarłam brudnym rękawem oczy.
-Po prostu się martwiłam... - burknęłam obrażona.
- O nas? Dajemy sobie radę - Quinn do mnie podszedł - A trening ci pomoże... I kąpiel po nim - wziął ze mnie swoją dłoń.
-Kąpiel? Phi! Strata czasu i wody! - fuknęłam - przecież jak się umyję, to i tak się ubrudzę, prawda? Więc po co?
- Ale teraz ŚMIERDZISZ -zaakcentował ostatnie słowo - i wyglądasz jak spod śmietnika.
-To co z tego? Łatwiej zakamuflować się w lesie!  - spojrzałam na niego wyzywająco.
- W lesie to cię co najwyżej gwałciciel spotka - warknął.
-Ale skoro będę śmierdziała to nawet on nie będzie chciał podejść. Przynajmniej nie od razu - zaśmiałam się - poza tym pewnie szybko skończyłby jak mój... - zatkałam się i z powrotem posmutniałam. Pan Sznurek westchnął.
- Nie kłóćcie się.... Zbierzcie jak najwięcej swojego koloru i zapozorujcie walkę.
Rozejrzałam się za czymś czerwonym. Jako tako to niczego nie było, ale od czego ma się świeżo zdarte do krwi kolana? Do moich zbiorów dodałam jeszcze zrobiony wcześniej truskawkowy plecaczek, który był już pusty.
-Czy jak kopnę go w piszczel, to będzie to zapozorowanie walki? - wskazałam palcem na Quinna.
- Nie... Poza tym, używajcie kolorów ale postarajcie się trwale nie pouszkadzać... - oparł się o jakieś auto - lakier na samochodach tez możecie zmieniać.
-Ahaaaa... - rozejrzałam się po samochodach - no jakieś niektóre to czerwone są... - rzuciłam bez przekonania. Pogapiłam się jeszcze chwilę w chodnik. No i co? Jak ja mam niby zacząć skoro nie można kopnąć w piszczel? Spojrzałam na wszystkich pytająco-wyczekującym wzrokiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz